Skocz do zawartości

admin

Administrators
  • Zawartość

    11
  • Rejestracja

  • Ostatnio

Reputacja

0 Neutral
  1. Postanowiłem być trochę oryginalny i zamiast wybrać się na film pt. „Ona” – świetnie zapowiadającą się produkcję w reżyserii Spike’a Jonze’a, stwierdziłem, iż sprawdzę „Zimową opowieść”. Doszedłem do wniosku, że przecież każdemu dziełu należy się szansa. Recenzowany obraz to po części fantasy, więc coś co bardzo lubię, ale przejdźmy do rzeczy. Ogólnie „Winter’s Tale” był dla mnie stratą czasu. Wpakowano tutaj mnóstwo pieniędzy, żeby zrobić walentynkowy hit. Ten fakt nie powinien dziwić zwłaszcza, że reżyserią zajął się Akiva Goldsman, czyli debiutant i zarazem producent filmowy. (mnóstwo znanych tytułów) Osoba znająca rynek oraz posiadająca kapitał, lecz pozbawiona wrażliwości artystycznej – co potwierdza „Zimowa opowieść”. W filmie nie mogło zabraknąć znanych twarzy, ale tego nie określimy jako wadę – raczej. Całość trwa długo, jak na tego typu produkcje, bo ponad dwie godziny. Jest to kino zrobione w dość typowym stylu, mimo że historia pozwala na większe możliwości. Obraz ma się podobać wszystkim i to uczucie może nam towarzyszyć przez cały seans. Peter Lake jest złodziejem, który w ostatnim czasie ma problemy ze swoim szefem. Mówiąc wprost, jego były partner z jakiś powodów chce go zabić. Na wstępie zobaczymy scenę z pościgu. Głównemu bohaterowi udaje się uniknąć śmierci dzięki białemu koniowi, który posiada magiczne właściwości. Peter zamierza opuścić miasto, lecz w przypadkowy sposób trafia do domu Beverly Penn. Kobieta jest ciężko chora. Nawiązują ze sobą kontakt i szybko zaczynają darzyć się wzajemnie miłością. Przeszkodzić im chce Pearly Soames. Były szef Lake’a ma w tym większą filozofie niż tylko chęć pozbycia się dawnego współpracownika. Z opisu nie wydaje się to takie złe. W filmie drzemie pewien potencjał, lecz reżyser go nie wykorzystał. Trzeba zaznaczyć, iż średnio przepadam za produkcjami o miłości, jednakże ta wydaję mi się po prostu słaba. (lubię filmy o trudnej miłości) Początek seansu nie wróży nic specjalnego, chociaż niemal od razu widać wątek fantasy. Colin Farrell (Peter Lake) na białym koniu to z pewnością ideał dla niektórych osób, chociaż dla innych ten fakt może balansować na granicy dobrego smaku. Motyw stereotypowy, ale nie nazwałbym tego jeszcze wadą. Gdy złodziej (główny bohater) będzie włamywać się do domu, to postanowi skraść serce kobiety zamiast wziąć pieniądze. Ten moment przeważa, żeby mieć pewne obiekcje. Żyjemy na planecie ziemia, gdzie takie historie już mało kto kupuje. Niektórzy reżyserzy potrafią pokazać standardowe rzeczy w oszałamiający sposób, ale Akiva Goldsman nie ma na to żadnego pomysłu. Aktorzy oraz niektóre zwroty akcji ratują film przed katastrofą. Colin Farrell zagrał dosyć standardowo, ale nie zaniża w żaden sposób poziomu tej produkcji. Na uwagę zasługuje Russel Crowe. W roli czarnego charakteru aktor wypadł naprawdę dobrze. Gdybym miał podać zaletę „Zimowej opowieści”, to właśnie ten mężczyzna byłby tu atutem. Jessica Brown Findlay jest całkiem interesującą aktorką, lecz nie zobaczymy jej na ekranie zbyt dużo. W pozostałych rolach William Hurt, Jennifer Connelly oraz Will Smith jako „Sędzia” – nie wiem czemu go tu obsadzono. Całkiem prawdopodobne, że pomylono plan zdjęciowy lub coś w tym stylu. Aktora lubię, lecz dawno nie widziałem kogoś do tego stopnia niepasującego do roli. Esencja filmu może was zaskoczyć. „Winter’s Tale” opowiada o tym, jak miłość jest silna i potrafi przezwyciężyć zło. Ja do tej pory nie zdawałem sobie z tego sprawy, lecz autor sprawnie mi to wytłumaczył. W tego typu produkcjach na zakończenie często jest jakieś podsumowanie w formie narracji. Głębokie myśli, stwierdzenia, coś mającego na celu poruszyć widza. Na mnie to nie zadziałało w żaden sposób. Ba, nawet nie zirytowało. Kompletny brak emocji. Myślałem tylko o której jedzie kolejny autobus, bo miałem parę rzeczy do załatwienia. Mniemam, że mogłem kogoś zniechęcić, ale w rzeczywistości ten film nie jest tragedią. Jeśli wasz partner/partnerka lubi popularne nurty, to „Zimowa opowieść” może mu się trochę podobać. (trochę) Jeśli ktoś będzie bardziej wymagający, to w najlepszym przypadku powie, że ta produkcja jest średnia. Wyjątki zawsze się znajdą, więc zapraszam do dyskusji. Może ktoś ma odmienne zdanie, lecz ja jestem bardziej przeciw niż za. Jak już coś sugerowałbym pójść jednak na film Spike’a Jonze’a, mimo że sam go jeszcze nie widziałem. (ale na pewno zobaczę)
  2. Mam przyjemność zaprezentować arcydzieło ukraińskiej kinematografii. Ta recenzja nie będzie tak pochwalna, jak być powinna, lecz nie byłbym sobą, gdybym nie włożył tutaj nieco subiektywnego punktu widzenia. Ja odnajduję w tym filmie różne wartości, aczkolwiek w kwestii samego oglądania nie zostałem zauroczony. W lepszych warunkach ta produkcja pewnie by mi się bardziej podobała. Widziałem tylko wersję w nieciekawej jakości na niedużym ekranie. To będzie pierwszy tekst o kinie z naszej wschodniej granicy. Wcześniej już w prawdziwe pisałem o „Orangelove„, aczkolwiek „Cienie zapomnianych przodków” jest wstępem do marcowych recenzji. Wybrałem ten film jako pierwszy ze względu, iż mamy do czynienia z czymś wielkim, a poza tym mającym wiele wspólnego z naszą kulturą. Głównymi bohaterami są Iwan i Mariczka. Akcja toczy się w pewnej wsi. Będąc dziećmi, zaczepiają się, jak to dziewczynka z chłopcem, żeby w dojrzałym wieku obdarować się wzajemną miłością. Pewnego dnia umiera ojciec mężczyzny. Życie idzie swoim tempem, aczkolwiek w dalszych dziejach wcale nie musi być lepiej. Początek filmu to zapoznanie się z oryginalną atmosferą i bohaterami, jednakże myślę, że to drugie wydaje się być tylko tłem pięknego ukazania dawnej społeczności – to zdanie chyba najlepiej obrazuje kwintesencje zalet „Cieni zapomnianych przodków”. Liczy się tutaj przedstawienie dawnej kultury. Jest to pewien powrót do korzeni. Estetyczna podróż w przeszłość. Same postacie są najzwyklejsze, jednakże reżyser Siergiej Paradżanow ubiera tę historię w kwiaty. Dosłownie i w przenośni, ponieważ sporo obrazów natury też się tutaj znajduje. Dzieło jest bardzo ważne nie tylko z uwagi na aspekty artystyczne, ale również przez kontekst historyczny. Film wyprodukowano w 1964 roku, czyli w rocznice urodzin pisarza Mychajła Kociubyńskiego. Scenariusz zrealizowano na podstawie jego opowiadania. W czasie premiery „Tini zabutych predkiw” (polski tytuł został dosłownie przetłumaczony) aresztowano w Kijowie młodych intelektualistów. Reżyser szybko przestał podobać się władzom, ponieważ jego dzieła nijak miały się do idei socjalizmu, a wpływ artysty był bardzo znaczący. Paradżanowa wsadzono za kraty w 1973 na pięć lat pod zarzutem homoseksualizmu. Jestem pod wrażeniem dzieła głównie z tego powodu, bo ukazanie wsi zwykle jest męczące i mało atrakcyjne. W „Cieniach zapomnianych przodków” człowiek z ogromną chęcią słucha folklorystycznych piosenek i ogląda ludzi pracy w codziennych czynnościach. Film znaleźć do obejrzenia dość ciężko, a jeśli już się uda, to raczej nie trafimy na wersję po rekonstrukcji cyfrowej. Z technicznej strony w filmie Paradżanowa widać pewne niedoskonałości. Moment zwalenia się drzewa na mężczyznę wygląda zabawnie, a inna scena, gdzie młoda para stoi wśród wysokich traw, jest zrobiona dość mizernie. Następuje tam obrót wokół bohaterów o 360 stopni, lecz kamera trzęsie się niesamowicie. Nie ma to jak czepiać się arcydzieł światowej kinematografii. Poza takimi mankamentami jest w porządku. Reżyseria, montaż i ciekawe ujęcia tworzą interesująca całość. Jak już wspomniałem, główni bohaterowie nie wydają się być tutaj najważniejsi. Mimo że widzimy ich pierwszym planie, to w rzeczywistości kultura i obyczaje wydają się być tutaj najważniejsze. Oglądając „Chłopów” czy „Wesele”, obraz wsi jest mało atrakcyjny. W tym wypadku pokazano piękno małych społeczności i tu bym widział największą zaletę. Artystyczny motyw na zakończenie wzbudza ciekawość, jednakże to nie wystarczyło, żeby mnie oczarować. Takie mam osobiste odczucia, ale mniemam, iż wielu osobom się to bardzo spodoba. Jeśli ktoś liczy na szalenie emocjonującą historię, to lepiej dać sobie spokój. „Cienie zapomnianych przodków” nie zawsze jest fascynujący, (zależy od widza) jednakże jest to spotkanie z kulturą wysoką – a w tym wypadku motyw przewodni to życie chłopa, Iwana. Jeśli ktoś ma skojarzenia z „Konopielką” czy „Żywotem Mateusza”, to być może słusznie, lecz atmosfera jest tutaj zupełnie inna. Punktem wspólnym jest dość ambitny charakter obu produkcji, aczkolwiek nie stawiałbym, tych, zasadniczo bardzo pięknych obrazów z Franciszkiem Pieczką na równi z recenzowanym filmem. W przyszłym tygodniu będzie coś bardziej współczesnego z kina ukraińskiego.
  3. admin

    Recenzja Interstellar

    Jak gdyby nigdy nic (blog jest martwy od pół roku) postanowiłem napisać recenzję nowego filmu Christophera Nolana pt. „Interstellar”. Nie wiem jak Wy, lecz ja spotkałem się jedynie z tymi bardziej negatywnymi głosami krytyków. Paradoksalnie ocena użytkowników Filmwebu jest bardzo wysoka. Mnie się ta produkcja w miarę podobała, jednakże ciężej mówić o zachwycie. W każdym bądź razie jestem bardziej za niż przeciw. Dostajemy kino science fiction na wysokim poziomie pod względem akcji, ale musimy znieść pewne niedoskonałości, o których napiszę w kolejnych akapitach. Wstrzymajmy się na chwilę z krytykowaniem i zacznijmy od opisu fabuły. „Interstellar” przenosi nas do Stanów Zjednoczonych na pewną farmę. Dowiadujemy się, że ludzkość ma problemy z dalszym życiem na Ziemi. Poznajemy Coopera (Matthew McConaughey) i jego córkę Murph. Pewnego dnia dziewczynka mówi tacie coś o duchu w jej pokoju. Ojciec jej oczywiście nie wierzy, lecz po burzy piaskowej postanawia odczytać znaki, jakie podobno zostawiła zjawa. W ten sposób odnajduje współrzędne geograficzne ukrytej stacji NASA. To pierwsze trzydzieści minut filmu. Dalej już akcja toczy się w kosmosie. Moje odczucia względem „Interstellar” były bardzo mieszane. Początek się w sumie dłużył, a w pewnym momencie wszystko poszło za szybko. Reżyser w trzy minuty uświadomił mnie, że ludzkość nie przetrwa / że istnieją roboty / i że hibernacja jest możliwa. Przez to nasunęły się pierwsze obiekcje, które trwały już do końca seansu. Nolan na rzecz akcji zapomniał o merytorycznej stronie tej produkcji. Błędów jest na tyle dużo, iż nie można powiedzieć – to porządne kino. Przy takim nakładzie finansowym to wręcz niedorzeczne, ale przecież takie jest Hollywood. Jeśli chcecie poczytać o tym, jaki to nowy film Nolana jest zły, to proponuję recenzję Garreta. Z takich konkretnych rzeczy mnie poirytowało parę spraw. Po pierwsze jak słuchałem kolejnych rewelacji z ust bohaterów, to miałem świadomość, że to wszystko bujda. Reżyserowi udało się tę „bujdę” zrobić całkiem zręcznie, lecz nie oszukujmy się – oczekujemy czegoś więcej. (przynajmniej ja) Jedna rzecz mnie jeszcze poirytowała. Po 23 latach na Ziemi w dalszym ciągu są te same samochody, a po 120 paru latach te same roboty. Taki szczegół, może nieistotne – nie wiem. Dobra, dobra… ale co w tym dobrego? Mimo wielu niedoskonałości film ogląda się znośnie. W kolejnych kadrach wybuchają następne „fajerwerki” pełne emocji. Produkcja trwa prawie trzy godziny, lecz się tego nawet nie odczuwa. Wątek miłości córki z ojcem jest nienachalny. Efekty specjalne pojawiają się wtedy, kiedy faktycznie zachodzi potrzeba. Przyjemnie odwiedza się kolejne planety w „Interstellar”. Produkcja potrafi pobudzić wyobraźnie. W tle panuje pewien tajemniczy klimat. Czemu można porównać ten film do „Grawitacji„? Osobiście uważam, że tego typu ruchome obrazy przybliżają nas do kosmosu. Już nawet nie w sensie doświadczania go, chociaż to też. Takie produkcje nakłaniają społeczeństwo do lotów ku gwiazdom. Gdyby opinia publiczna była przychylna, to już dawno mielibyśmy wyprawy na Marsa. Takie jest moje zdanie. Jeśli chodzi o aspekt rozrywkowy to jestem z „Interstellar” całkiem zadowolony. Czy go polecam? Może tak odrobinę, ale nie bardziej. W każdym razie nie nudziłem się przez te trzy godziny. Powiem więcej – bawiłem się całkiem dobrze. Filmowi brakuje czegoś, żebym dał znaczek „polecam”.
  4. Nadchodzą święta i w ten sposób mamy nowy film animowany Disneya pod angielskim tytułem „Big Hero 6″. Jest to zresztą adaptacja komiksu. Mimo wielu pozytywnych ocen postanowiłem napisać nieco gorszych rzeczy o tej produkcji. Nie będę „Wielkiej Szóstki” mieszać z błotem, aczkolwiek nie wydaje mi się, żeby było to coś nader wartego uwagi. Film klimatem przypomina mi trochę „Zamieć” Neala Stephensona. Też mamy tu dzieciaka, który, patrząc na jego umiejętności, już na starcie jest superbohaterem. Dla mnie to już było. Od razu zaznaczę – tak, będę się czepiał fabuły. Produkcja rozpoczyna się przedstawieniem głównego bohatera, który ma dźwięczne imię Hiro. Jednym z jego zajęć jest jeżdżenie na walki botów. (coś jak nielegalne wyścigi aut) W ten sposób zdobywa pieniądze. Zbudowanie dobrego robota to sztuka, ale chłopak zna się na rzeczy. W ten wątek wplata się kwestia studiów. Z tych czy innych powodów, Hiro nie chce się uczyć, chociaż namawia go do tego jego brat. Tadashi pewnego dnia pokazuje mu laboratorium, w którym pracuje. Te okoliczności sprawią, że nasz bohater postanowi wybrać się do College’u. Początek był dla mnie bardzo obiecujący, chociaż odrobinę naciągnięty. Młody Hamada jest typem buntownika, jednak jego brat Tadashi dość szybko przekonuje go do nauki. Przekonuje nie tylko jego, ale także i nas. Wyprawa do laboratorium to coś w stylu spotkania się z Q z Jamesa Bonda. Pełno tam przeróżnych wynalazków, jak np. roweru z kołami zawieszonymi na polu siłowym. Na widok tego wszystkiego i po spotkaniu z słynnym profesorem Hiro bezzwłocznie postanawia się wybrać na studia. Rzuca od razu swoje walki robotów – a to tak pięknie się zaczynało… Walki botów to nie wszystko. Wstęp zachęca nas pochwałą dla nauki. W mojej ocenie zachęcenie nastolatków do poznania fizyki czy innych zagadnień jest rewelacją. Niestety w „Wielkiej Szóstce” jest to wątek marginalny. Liczy się akcja i kolejne żarty, chociaż trzeba przyznać – często udane. Właśnie to sprawia, że nie potrafię lepiej spojrzeć na ten film. Nie ma tu żadnej myśli przewodniej. Mamy do czynienia z „zabawką”, od której nie dowiemy się nic nowego. Wątkiem głównym jest śmierć brata Hiro w pożarze. Postać czarnego charakteru, której oczywiście nie zdradzę, jest dość ciekawa, aczkolwiek nie nazwałbym tego super zaletą. Fabuła nie została zrobiona na tyle dobrze, żeby mnie usatysfakcjonować. Nie ma tu pięknego motywu z „Gdzie jest Nemo?” – miłości ojca do syna, ani głównej myśli z „Wall-e” – o ochronie przyrody. W „Big Hero 6″ brakuje czegoś, ale przeciętny widz i tak tego nie dostrzeże. (narzekanie) Poza tym wszystkim zobaczyć możemy w filmie wpływ kultury azjatyckiej. Nazewnictwo bohaterów jest stamtąd wzięte. Miasto, w którym toczy się akcja, nazywa się San Fransokyo . Poza tym, jeśli ktoś zna bajki od studia Ghibli, (japońskie studio animacji) to można mieć pewne skojarzenia. W odróżnieniu do tego ostatniego, „Wielka Szóstka” nie jest tak bardzo poruszająca. To naturalnie moja opinia. Nie polecam „Big Hero 6″. Nie jest to film zły, ale to po prostu „czekolada o przeciętnym smaku”, więc sami zdecydujcie, czy macie na coś takiego ochotę.
  5. "Crazy Rich Asians" autor Kevin Kwan ma serię dramatów w rozwoju w Amazon, dowiedział się Variety. Seria bez tytułu, pochodząca ze STXtv STXtv, jest opisywana jako dramat świata wśród najbardziej wpływowej i wpływowej rodziny w Hongkongu oraz imperium biznesu, które kontrolują. Projekt otrzymał zlecenie od scenariusza do serii. Kwan współtworzył serial z Davidem Sangallim. Will Graham, który wcześniej był producentem wykonawczym filmu Amazon "Mozart in the Jungle", będzie producentem wykonawczym. Hailey Wierengo będzie współprodukował produkty za pośrednictwem banera Graham's Field Trip Productions, który znajduje się pod patronatem Amazon. Międzynarodowa bestsellerowa powieść debiutancka Kwan "Crazy Rich Asians" została niedawno zaadoptowana do filmu fabularnego o tej samej nazwie, który ma się ukazać 15 sierpnia. Z ponad milionem kopii na całym świecie książka nigdy nie opuściła listy bestsellerów w Singapurze, Hongkongu, na Filipinach, w Malezji i Indonezji. Jego kolejne powieści "China Rich Girlfriend", opublikowane w 2015 roku, oraz "Rich People Problems" to zarówno krajowe, jak i międzynarodowe bestsellery. "Rich People Problems" zadebiutował na liście bestsellerów New York Times po wydaniu w 2017 roku. "STX okazuje się nową siłą twórczą w telewizji, a ich koncentracja na różnorodnych opowieściach, które łączą Wschód i Zachód, była niezwykle atrakcyjna dla Davida i dla mnie, kiedy rozpoczynaliśmy pisanie tego serialu" - powiedział Kwan. "Amazon był wspaniałym partnerem przez ostatnie kilka lat i kontynuowanie naszego związku w tym projekcie było dla niego kolejnym naturalnym krokiem. Jestem podekscytowany możliwością współpracy z kimś z kibiców Willa Grahama, gdy ożywimy tę historię ". Kwan i Sangalli są reppedowane przez partnerów ICM i Lichtera Grossmana. Graham jest repped przez UTA, Kaplan Perrone i Hansen Jacobson. To oznacza najnowszy projekt STXtv. W ciągu ostatnich pięciu miesięcy studio przygotowało trzy sceniczne zobowiązania produkcyjne, w tym: "Valley of the Boom" w National Geographic; "The Edge of Seventeen" w YouTube Premium, który jest połączeniem filmu STXfilms o tej samej nazwie z oryginalnym reżyserem filmu Kelly Fremon Craig powracającym jako producent wykonawczy; oraz "UglyDolls" w Hulu, animowanym serialu dla dzieci w oparciu o nadchodzącą serię filmów animowanych STX. "Ta seria jest dokładnie typem materiału East-meets-West, który STX ma wyjątkową pozycję do rozwoju we wszystkich naszych oddziałach. Cieszymy się, że możemy współpracować z Amazon, którego ugruntowana relacja z Kevinem i wsparcie jego kariery literackiej sprawiają, że są doskonałą platformą do uruchomienia swojego pierwszego projektu telewizyjnego "- powiedział Jada Miranda, wiceprezes i szef telewizji STXtv. "Trylogia" Crazy Rich Asian "pozostaje jednym z najlepiej sprzedających się bestsellerów Amazona, ponieważ miliony zapalonych fanów na całym świecie nie mogą się nasycić wylewną historią narracji Kevina. Nie możemy się doczekać, aby wciągnąć szalenie zabawny świat, który on i David stworzyli z tej serii, aby publiczność była najważniejsza na świecie. "
  6. Właściwie to może i bym chciał użyć porównań do starego „Jurassic Parku”, ale go najzupełniej za bardzo nie pamiętam. A nie, jedno zostało mi w pamięci. Chodzi o to, że grupka bezbronnych ludzi trafia na teren parku, potem jest „rrrroar” i atakuje ich zgraja dinozaurów. Tak mniej więcej ta formuła wyglądała. Czy w dalszym ciągu jest to samo? Właściwie to tak, z tym że bestie są większe. (zasadniczo jedna z nich) Seansu nie odradzam, jednakże nie zaliczam go do najbardziej udanych. Gray i Zach – dwóch braci dostaje bilet do parku rozrywki o nazwie Jurassic World. Nietrudno się domyśleć, co tam będziemy mogli znaleźć. A może trudno? W tym samym czasie naukowcy opracowują genetycznie nowego gada. Będzie to coś w rodzaju Tyranozaura, aczkolwiek to trochę jego większy kuzyn. Właściwie nowy potwór jest już na wybiegu. Ma być największą atrakcją, czymś co przyciągnie nowych odwiedzających. Nie określiłbym tajemnicą tego, że wszystko wymknie się spod kontroli… Czy warto odwiedzić Park Jurajski ponownie? Szczerze powiedziawszy nie jestem do tego za bardzo przekonany. Jeśli ktoś nie ma dużych oczekiwań, to spokojnie może udać się na seans. O wysublimowaną rozrywkę tu ciężko. Całość jest zrobiona na zasadzie: „większy dinozaur, to więcej zabawy”. Ja nawet w tego typu kinie szukam czegoś więcej. Chociażby oryginalności. Tutaj tego mało dostałem, a był na to potencjał. Główne postacie są płytkie i mało rozumne. W tle rodzice Graya i Zacha biorą rozwód, Claire myśli tylko o słupkach popularności. Można by rzec normalni Amerykanie. Jak ja ich czasem nienawidzę, ale to nieważne. Mamy jednego herosa o imieniu Owen Grady, który jak nikt zna się na dinozaurach. To jedyna interesująca postać w filmie. Jest też oczywiście czarny charakter, którego właściwie mogłoby w mojej ocenie nie być. Fabuła jest napisana całkiem w porządku, chociaż znalezienie niedoskonałości nie jest żadnym wyzwaniem. Uchybienia nie przeszkadzają jednak w rozrywce. A to przecież dla zabawy ogląda się nowy „Jurassic Park”. Efekty specjalne są takie jakie powinny być, aczkolwiek ja bym chciał zobaczyć coś więcej. Dla abstrakcyjnego przykładu – „Hobbit” robił znacznie lepsze wrażenie. Muzyka podkreśla ważne momenty. Montaż jest w porządku. Podsumowując. „Jurassic World” to coś, czego można się było spodziewać. Tytuł został sprytnie zmieniony i przez ten myk film zostanie lepiej przyjęty. Taka jest moja opinia. W czasie seansu właściwie w ogóle się nie nudziłem, co można nazwać największym plusem nowej produkcji o dinozaurach. Na koniec zwrócę uwagę na jeszcze jedną rzecz. W trakcie seansu widz chce odbyć podróż po parku, więc ujęcia turystów zwiedzających są na wagę złota. Szkoda tylko, że twórcy nie użyli więcej fantazji, bo wtedy ten sposób zwiedzenie mogłoby być faktycznie przeżyciem.
  7. admin

    Recenzja Wielkie oczy

    Gdy oglądałem zwiastun „Wielkich Oczu” w kinie to byłem całkiem zdziwiony. Jak Tim Burton autor mrocznych klimatów może tworzyć coś tak zwyczajnego? Sam seans rozwiał moje wątpliwości myślą – że to ma sens. Filmy na podstawie faktów to zawsze coś więcej. To pewna wiedza, której możemy się dowiedzieć. Natomiast w tym wypadku opowiedziana historia jest nadzwyczajna i w 100% zasługuje na ekranizacje. Obraz rozpoczyna się od tego, iż Margaret Keane zostawia swojego męża, bo ma już dość toksycznego związku. Udaje się do San Francisco, aby rozpocząć nowe życie. Jej pasja to malowanie obrazów. Na miejscu błyskawicznie poznaje nowego partnera i razem dążą do wyznaczonych celów… W roli nowego męża Margaret zobaczymy Christophera Waltza. Pana, który w ostatnim czasie narobił sporo zamieszania w świecie filmu. Znany z takich tytułów jak choćby „Django„, „Bękarty Wojny” czy „Rzeź”. Tym razem wykreował postać dość trudną i niezmiernie ciekawą, a jednocześnie jest trochę złym charakterem. Amy Adams w roli pani Keane w kilku scenach urzekła mnie grą oczu, były zupełnie naturalne. Odniosłem wrażenie, że bodajże dwie sceny całowania jakie były w krótkim odstępie czasu to lekka przesada – jeśli nie robi się romansu. Historia, którą przedstawia film jest całkiem prosta. Kobieta maluje obrazy, jednakże to mąż oficjalnie jest ich autorem. Sam proces trwa wiele lat. Zakończenia się można domyśleć, lecz ciekawym doświadczeniem jest samo obejrzenie tego, jak ludzie zachowują się w takich okolicznościach. Tim Burton stworzył film przepełniony kolorami, bo takie są „Wielkie Oczy”. To dobry krok w produkcji o malarzach. Myślę, że ten tytuł jest wart obejrzenia. Nie pisałem długi czas, ale mam nadzieje, że nikt nie ma mi tego za złe. Czekam na Wasze komentarze.
×